Retro playlista na kwarantannę – COVID-19 But Make It Retro

W tym trudnym czasie, jakim dla nas wszystkich jest kwarantanna z powodu pandemii koronawirusa i COVID-19, musimy dbać o nasze samopoczucie I zdrowie psychiczne tak samo, jak o zdrowie fizyczne. Muzyka to moje ulubione narzędzie eskapizmu. Dlatego przygotowałam dla Was kolejną retro playlistę, bardzo zmyślnie zatytułowaną „COVID-19 but make it retro”. Czyli muzyka retro nawiązująca do kwarantanny, z poczuciem humoru 🙂

I tak, wiem, że niektóre piosenki się powtarzają – trudno mi było wybrać jeden cover, więc macie wszystkie 🙂 Dzięki temu playlista jest dłuższa i nie znudzi się tak szybko.

COVID-19 but make it retro

01. “Fever” — Peggy Lee
02. “Stayin Alive” — Bee Gees
03. “Down With The Sickness” — Richard Cheese
04. “Toxic” — Scott Bradlee’s Postmodern Jukebox
05. “Help!” — The Beatles
06. “Isolation” — John Lennon
07. “Dear Doctor” — The Rolling Stoes
08. “I’m Sick Y’All” — Otis Redding
09. “When The Going Gets Tough, The Tough Get Going” — Easy Virtue Soundtrack
10. “My Baby Just Cares For Me” — Nina Simone
11. “Hot in Herre” — Gypsies of Bohemia
12. „I Will Survive” — The Puppini Sisters
13. „Love Is The Drug” — Bryan Ferry & The Bryan Ferry Orchestra
14. „I Want To Hold Your Hand” — The Beatles
15. „Night Fever” — Bee Gees
16. „Don’t Touch Me” — Etta James
17. „Your Love Is My Drug” — Robyn Adele Anderson
18. „St James Infirmary” — Louis Armostrong
19. „The End of the World” — Skeeter Davis
20. „That’s Life” — Frank Sinatra
21. „Panic” — The Puppini Sisters
22. „Everybody Hurts” — Paul Anka
23. „Feer” — Mongo Santamaria
24. „In The Air Tonight” — James Farrelli
25. „Bad Blood” — Scott Bradlee’s Postmodern Jukebox
26. „Another One Bites The Dust” — Eve St. Jones
27. „Every Breath You Take” — Karen Souza
28. „Tainted Love” — Stella Starlight Trio
29. „Toxic” — Sugarpie And The Candymen
30. „I Want To Hold Your Hand” — Sugarpie And The Candymen
31. „Help!” — Sugarpie And The Candymen
32. „Toxic” — Gypsies of Bohemia
33. „Can’t Feel My Face” — Stella Starlight Trio
34. „The Final Countdown” — Minimatic
35. „Stayin’ Alive” — Funky Butt Brass Band
36. „Cough/Cool” — Misfits

♫ Posłuchajcie mojej playlisty na Spotify i zapiszcie ją w ulubionych!

Jeśli macie jakieś własne sugestie dotyczące piosenek, które można dołączyć do tej playlisty, dajcie koniecznie znać w komentarzach!

Sprawdźcie też moją walentynkową playlistę i zaobserwujcie ją na Spotify żeby zachować ją w ulubionych!

RECENZJA: Panna Fisher i Krypta Łez

„Panna Fisher i krypta łez” to kinowa kontynuacja (i niejako zakończenie) serialu „Zagadki kryminalne panny Fisher”. Serial, czemu trudno się dziwić, jest bardzo popularny wśród fanów i fanek stylu retro. Phryne Fisher to niezależna, szykowna, niefrasobliwa kobieta-detektyw, która rozwiązuje zagadki kryminalne w ramach hobby. Po pięciu latach doczekaliśmy się wreszcie dalszego ciągu jej przygód. Wraz ze swoim nieodłącznym pistoletem o perłowej rękojeści i detektywem Jackiem Robinsonem natrafiają na kolejne morderstwo wymagające rozwiązania. A ponieważ jest to film, wszystko jest Większe. Akcja przenosi się w egzotyczne miejsca! Gagi są coraz bardziej karkołomne! Poznajemy nowych bohaterów!

Zamierzam omówić pewne elementy jego fabuły, więc jeśli nie chcecie spoilerów, to możecie wrócić do tej recenzji po jego obejrzeniu!

Siła fanów

Sam fakt powstania tego filmu, zwłaszcza po takim czasie od zakończenia serialu, jest niewątpliwie sukcesem. „Zagadki kryminalne panny Fisher” to wszak produkcja australijska, a nie hollywoodzka. Pewnie nie jest łatwo znaleźć producentów chcących sypnąć groszem na niszowy kostiumowy film przygodowy. Twórcy postanowili częściowo rozwiązać ten problem zwracając się z prośbą o wsparcie do fanów serialu, którzy niewątpliwie są bardzo zaangażowani. Film był więc w jakimś stopniu sfinansowany z kampanii crowdfundingowych na Kickstarterze i IndieGogo. Obie kampanie zebrały łącznie ponad półtora miliona australijskich dolarów!

Czy ten wysiłek się opłacił? Filmowe adaptacje seriali to trudny temat. Czasami są strzałem w dziesiątkę, czasami totalnym pudłem. Oglądając ten film trzeba sobie odpowiedzieć na jedno pytanie – czy ta historia sprawdza się w formacie wielkoekranowym?

No więc – nie do końca.

Starzy dobrzy znajomi

Długa przerwa chyba udzieliła się aktorom odtwarzającym główne role. Chwilę zajęło mi uwierzenie, że Essie Davis rzeczywiście jest Phryne Fisher, a nie tylko ćwiczy kwestie do kamery. Ogromnym rozczarowaniem był dla mnie kompletny brak zaangażowania Nathana Page’a. W większości scen zdaje się być półprzytomny. Nie wiem jakie były wskazówki reżysera, ale aktor zdaje się robić w filmie absolutne minimum, które pozwoli mu zgarnąć wynagrodzenie i zająć się czymś innym.

Wielbiciele serialowych postaci drugoplanowych, takich jak Dot, konstabl Hugh czy Bert i Cec również będą zawiedzeni. Poza Phryne, Jackiem i ciotką Prudence wszystkie inne osoby z serialu pojawiają się tylko w jednej scenie. Fabularnie ma to oczywiście sens – w historii, która skacze między Jerozolimą, Londynem i pustynią Negew, trudno byłoby uzasadnić obecność dwóch taksówkarzy czy konstabla policji. Jednak myślę, że te postacie też miały swoich fanów i ich brak daje się odczuć. Tak samo jak brak kontrastu między blichtrem codziennego życia Phryne, a robotniczą rzeczywistością jej wspólników w rozwiązywaniu zagadek.

O czym to miało być?

Sama historia filmowa jest… niestety raczej słaba. Scenariusz nie jest adaptacją żadnej z powieści, na których oparty jest serial. Deb Cox, scenarzystka, jest współtwórczynią serialu. Mamy jednak do czynienia z sytuacją podobną do przypadku D. Benioffa i D.B. Weissa, twórców serialowej „Gry o Tron”. Oni też dobrze sobie radzili póki mieli materiał bazowy, a ich praca sprowadzała się do adaptacji, a nie tworzenia własnej historii. W momencie, kiedy wyprzedzili akcję książek, różnicę w jakości opowiadanej fabuły odczuli chyba wszyscy.

Film „Panna Fisher i Krypta Łez” ma podobny problem. Fabuła ma problemy z rytmem, trudno zrozumieć motywacje, którymi kierują się kolejne postacie. W wielu scenach odniosłam wrażenie, że pewne rzeczy dzieją się, ponieważ tak sobie wymyślili twórcy, a nie dlatego, że w jakikolwiek sposób wynika to z opowiadanej historii . Pomyślałam sobie wręcz, że przed napisaniem scenariusza (albo obok niego) twórcy stworzyli listę rzeczy, które powinny się zadziać w filmie z Phryne Fisher (żeby było Bardziej). Phryne na motorze. Phryne pomagająca komuś w ucieczce z więzienia. Phryne chodząca po dachu jadącego z pełną prędkością pociągu. Phryne, która nadlatując śmigłowcem wbija się na własny pogrzeb. Ktoś wypisał taką listę, a potem starał się połączyć te kropki w coś przypominającego film.

Serial oczywiście też nie stronił od pewnych stereotypów fabularnych. Ale wiele rzeczy można mu było wybaczyc, bo aktorzy sprzedawali to z dużym wdziękiem. Tutaj wdzięku zabrakło, a widać fabułę szytą bardzo grubymi nićmi, podlaną słabymi efektami specjalnymi.

Co dobrego?

Jak można się domyśleć, wszystkie kostiumy, zwłaszcza te, które nosi panna Fisher, są absolutnie przepiękne. Może trochę niepraktyczne, biorąc pod uwagę miejsce akcji, ale nadal – przepiękne. Mam jednak rosnące wątpliwości co do ich poprawności historycznej. Wydaje mi się, że nawet najbardziej progresywne osoby nie nosiły tak przejrzystych tkanin jak niektóre z tych wykorzystywanych w filmie. Chętnie usłyszałabym opinię kogoś specjalizującego się w modzie historycznej.

Sama historia mimo iż słabo opowiedziana, jest w sumie dobra. Jedną z mocnych stron „Zagadek kryminalnych…” i, jak przypuszczam, ważnym powodem popularności serialu była jego progresywność. Przekładała się ona nie tylko na postać panny Fisher, która jest kobietą w sile wieku, która swoje przeżyła, ale nadal cieszy się życiem, niezależnością, seksualnością i wolnością. Owa progresywność miala też swoje odzwierciedlenie w opowiadanych historiach, które również były o kobietach. Są poruszane tematy związane z aborcją, antykoncepcją, seksizmem. Film kontynuuje tę tradycję, opierając główną zagadkę kryminalną (har har) na masakrze beduińskiej wioski zamieszkałej głównie przez kobiety i traumie, jaką w związku z tym przeżywa jedyna dziewczyna, która ją przeżyła. Mamy tu wątek relacji matki z córką, a nawet jakiś komentarz na temat brytyjskiego imperializmu. To rzadkość w gatunku, który z definicji dążą do bycia łatwym, lekkim i przyjemnym. Dlatego cenię sobie i chwalę to, co na pochwałę zasługuje.

Ciąg dalszy nastąpi…?

W trakcie gdy trwała produkcja filmu, pojawiły się zapowiedzi, że będzie on pierwszą z trzech części. Patrząc na jego jakość i na dość ograniczoną kampanię marketingową, mam co do tego pomysłu pewne wątpliwości. Film był wyświetlany w kinach tylko w Australii i Nowej Zelandii, w Stanach Zjednoczonych tylko w wybranych miejscach. W USA dystrybucją zajmuje się Acorn TV, relatywnie niewielka firma streamingowa. Za dystrybucję w innych krajach odpowiada firma All3Media i można zauważyć, że nie włożyli oni wiele wysiłku w marketing. Wszak w Polsce można było film zobaczyć tylko od razu w telewizji i to na kanale dostępnym w kablówce.

W Polsce film można było obejrzeć na kanale AleKino+. Obecnie jest dostępny do obejrzenia w serwisie Player.pl. „Panna Fisher i krypta łez” to pozycja przede wszystkim rekomendowana dla fanów serialu. Na pewno umila mi ona oczekiwanie na to, aż gdzieś zostanie wreszcie udostępniony spin-off „Nowoczesne kryminalne zagadki panny Fisher” (Ms Fisher’s Modern Murder Mysteries). Bohaterką tego spin-offu jest siostrzenica Phryne, Peregrine Fisher, a akcja dzieje się w latach 60.

Obejrzeliście już film „Panna Fisher i Krypta Łez”? Co o nim sądzicie? A może macie swoje ulubione filmowe adaptacje seriali (najlepiej w estetyce retro)? Czekam na Wasze rekomendacje!

Retro playlista na Walentynki – Let’s Fall In Love

Jutro Walentynki! W tym roku postanowiłam z tej okazji przygotować dla Was playlistę z moimi ulubionymi miłosnymi przebojami z lat 30, 40, 50… Są to słodkie piosenki o tym jak dobrze być zakochanym. I tego poczucia „jak dobrze” Wam życzę 🙂

01. “Unforgettable” — Nat King Cole
02. “It Had to Be You” — Ray Charles
03. “Someone To Watch Over Me” — Ella Fitzgerald
04. “Fly Me To The Moon (In Other Words)” — Julie London
05. “I’ve Got You Under My Skin” — Frank Sinatra
06. “I Only Have Eyes For You” — The Flamingos
07. “A Sunday Kind Of Love” — Etta James
08. “Can’t Help Falling in Love” — Elvis Presley
09. “”Love Is Here To Stay” — Blossom Dearie
10. “My Baby Just Cares For Me” — Nina Simone
11. “I’m In The Mood For Love” — Julie London
12. „That Old Feeling” — Chet Baker
13. „Let’s Do It (Let’s Fall In Love)” — Eartha Kitt

♫ Posłuchajcie mojej playlisty na Spotify!

Sprawdźcie też moje posty z poprzednich lat, takie jak walentynki komiksowe czy upiornie śmieszne!

RECENZJA FILMU – „Judy”

„Judy” to film biograficzny nakręcony z okazji 50. rocznicy śmierci Judy Garland. Jest to też książkowy przykład Oscar-bait, filmu który jest przemyślany tak, aby przyciągnąć jak najwięcej nominacji do prestiżowej statuetki. Utalentowana aktorka, która zmienia swój wygląd i daje popis kunsztu naśladownictwa? Jest. Tragiczna historia o tym, że trzeba poświęcić ważnbe w życiu rzeczy dla sztuki? Jest. Nominacja do nagrody Akademii Filmowej dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej była oczywistością. Myślę, że istnieje spore prawdopodobieństwo, że Renée Zellweger dostanie drugiego w swojej karierze Oskara. Ale czy „Judy” to dobry film?

Ogólnie – raczej tak. Chociaż mam oczywiście pewne zastrzeżenia 😉

Już w pierwszej scenie film stawia swoją tezę – wyraźnie, bez subtelności. Nastoletnia Judy przechadza się po planie filmowym „Czarnoksiężnika z krainy Oz” z Louisem B. Mayerem, któremu zwierza się, że czasem chciałaby być normalną dziewczynką. Ten odpowiada jej, że Judy ma dar, którego normalne dziewczynki nie posiadają. I ten dar ją wyróżnia, musi więc z niego skorzystać. Judy przytakuje, ale jej twarz wyraża wątpliwości. Od razu wiadomo, że główną osią filmu będzie ten właśnie konflikt i że ostatecznie nie zostanie on rozwiązany (bo w tego typu filmach nigdy nie bywa).

Chyba największym problemem tego filmu jest to, że jeśli ktoś nie wie dlaczego właściwie Judy Garland była jedną z najważniejszych artystek rozrywkowych XX wieku, to z tego filmu się tego nie dowie. Fabuła nie przybliża szczegółów kariery zawodowej Judy, poza jej występem w „Czarnoksiężniku z krainy Oz”. Film oczekuje od widza albo ogólnej znajomości życiorysu Judy, albo bardzo dużej uwagi, bo ważne aspekty jej życia (cztery małżeństwa, uzależnienie od alkoholu i różnego rodzaju leków, powody niekończących się problemów finansowych Judy) są jedynie nakreślone lub skwitowane pojedynczymi zdaniami.

Trudno nie dostrzec pewnych podobieństw pomiędzy historią Judy a historiami młodziutkich gwiazd Disneya, które w życiu dorosłym mają szereg problemów wywołanych ograniczeniami narzucanymi im przez studio. Pojedyncze sceny wskazują na ogrom wpływu, jaki studio MGM miało na to jak młoda Judy wyglądała, co jadła, ile ważyła, z kim się spotykała. W wieku dorosłym skutkuje to u niej uzależnieniem od alkoholu i leków, oraz dojmującą potrzebą bycia kochaną, której nie zaspokaja ani uwielbienie publiczności ani pięć małżeństw.

Nie widzimy jednak największych sukcesów, ani największych problemów Judy. One są gdzieś w tle i wpływają na jej zachowanie, na podejmowane decyzje, na sposób w jaki odnosi się do ludzi w swoim życiu. Ale widz, który posiada wiedzy na temat tego, jak wyglądał jej życiorys, może nie mieć kontekstu i opacznie zrozumieć ten wycinek Judy, który widzimy na ekranie.

Moim ulubionym wątkiem w filmie, który jednak pojawia się dość przypadkowo i ostatecznie nigdzie nie prowadzi, jest historia pary mężczyzn, którzy przychodzą na każdy koncert Judy, która pewnego wieczoru się do nich wprasza. Nie spodziewałam się poruszenia wątku Judy jako ikony społeczności LGBT (a w latach 40. i 50., kiedy tzw. „czynności homoseksualne” były zakazane prawnie, a społeczności gejowskie porozumiewały się często slangiem, aby nie być zrozumianymi przez heteronormatywną większość, gejów określało się m. in. mianem „przyjaciół Dorotki [z krainy Oz]”). Jest jedna naprawę wzruszająca scena, gdy Judy śpiewa dla nich piosenkę, a jeden z nich płacze patrząc na jej zdjęcia wiszące na ścianie. Nie znamy szczegółów tego, czego musieli doświadczyć żyjąc w długoletnim związku z czasach, kiedy można było za to trafić do więzienia, ale widzimy jak wspólne uwielbienie idolki i inspiracja jej trudnym życiorysem były tym, co trzymało ich przy życiu.

Tym bardziej rozczarowała mnie późniejsza scena rozmowy z dyrektorem teatru, w której Judy zrzuca na nich winę za swoje zmęczenie i mówi o nich per „fruits” (słowo to było dość obraźliwym określeniem na gejów).

Być jak Judy Garland

Renée Zellweger jest naprawdę dobra jako Judy. Widać, że włożyła ogromną pracę w przestudiowanie i przyswojenie sobie manieryzmów Judy. Było kilka momentów w których zapominałam, że to Zellweger, a nie Garland widzę na ekranie. Po prawdzie – spory był w tym również wkład wizażystów, którzy zastosowali nie tylko makijaż, ale także sztuczny nos, zęby i soczewki kontaktowe aby upodobnić aktorkę do odtwarzanej postaci. Tym niemniej jestem przekonana, że znajdą się krytycy tego występu, mówiący o przerysowaniu, parodiowaniu gestykulacji. Być może nawet będą mieli trochę racji. Moim zdaniem Zellweger jest w tym tak szczera, że wierzę, że Judy rzeczywiście mogła sie tak zachowywać.

Jedynym zgrzytem jeśli chodzi o jej rolę jest dla mnie wykorzystanie jej własnego wokalu. Nigdy nie miałam Renée Zellweger za wielką wokalistkę, a jej rola w „Chicago” raczej mnie w tym przekonaniu utwierdziła. W „Judy” śpiewa zdecydowanie lepiej i mocniej, ale nadal, nie jest to wokal klasy Judy Garland. Judy, o czym warto pamiętać, nawet pod koniec życia, borykając się z uzależnieniami, nadal miała niesamowity głos.

Tym niemniej imponujący jest fakt, że ponoć wokale były w filmie nagrywane na żywo, tj. w trakcie kręcenia danych scen. Nie jest więc to lipsync do nagrania studyjnego, a zapis tego, jak scena rzeczywiście przebiegła. I mimo iż nie była to klasa wokalu Judy, to przyznam, uroniłam parę łez podczas takich piosenek jak „Come Rain or Come Shine” czy „Over The Rainbow”.

W filmie są też całkiem solidne role drugoplanowe, chociaż nikt nie wybija się znacząco. Warto tu wymienić przede wszystkim młodziutką Darci Shaw jako młodą Judy. Znany z serialu American Horror Story Finn Wittrock jako Mickey Deans, ostatni mąż Judy, robi co może, ale nie ma za wiele do grania. Podobnie Michael Gambon, Rufus Sewell i Jessie Buckley.

Opinie końcowe

„Judy” jest filmem dobrym, ale absolutnie nie wybitnym. Trochę za bardzo widać nastawienie twórców na konkretny efekt, ale kreacja aktorska Renée Zellweger jest naprawdę dobra. Dylemat – kariera czy „prawdziwe życie” jest dość banalnym schematem, w który niestety często wpisują się biografie wielkich artystów, ale determinacja Judy, która nie umie niczego innego poza byciem artystką sceniczną, a jednocześnie chce być dobrą matką i żoną, jest tu pokazana w sposób wiarygodny i w chwilami przejmujący.

Anglojęzycznym osobom polecam obejrzenie filmiku „The JUDY Companion” z kanału „Be Kind Rewind”. Jego autorka świetnie mówi o tym, czego w filmie brakuje. Osobiście zgadzam się z nią w 100%.

P.S. Oglądając „Judy” nie mogłam przestać myśleć o innym filmie poświęconym genialnej wokalistce w ostatnich dniach życia. Mam na myśli „Lady Day at Emerson’s Bar and Grill”, który polecam (można go obejrzeć na HBO GO). Oba filmy są ekranizacjami sztuk teatralnych i w obu przypadkach jest to wyczuwalne. W przypadku „Lady Day…” jest to oczywiście trudniejsze do uniknięcia. Akcja dzieje się podczas jednego koncertu Billie Holliday, podczas którego nawiązuje ona do trudów swojego życia. Twórcy filmu po prostu nakręcili występ niesamowitej Audry McDonald, stosując kilka różnych ujęć. Jest to dużo prostsze zadanie, ale nadal, pomiędzy filmami jest pewne podobieństwo.

Retro trendy na sezon wiosna-lato 2019

Za oknami robi się coraz cieplej i w powietrzu czuć już niemalże nadchodzącą wiosnę – moją ulubioną porę roku. W tym sezonie w modzie powraca wiele trendów, które każda miłośniczka stylu retro może wprowadzić do swojej garderoby, aby w łatwy sposób być jednocześnie retro i na czasie!

Dziewczęce falbanki

Retro trendy

Modne będą ultrakobiece sukienki i całe stylizacje inspirowane lalkami – pełne falbanek, koronek, wielowarstwowe, w jasnych kolorach i słodkich, acz intensywnych printach (a więc groszki, kwiaty, gwiazdki). Pojawiły się one na wybiegu u Dolce & Gabbana, Erdem, Gucci, Marka Jacobsa, Molly Goddard, Rodarte, Simone Rocha, Valentino.

Dzierganki

Retro trendy

Moda na inspiracje z lat 70. nadal trwa. Tym razem w wielu kolekcjach królowały dziergane sukienki, bluzki i spódnice (m. in. Luis Vuitton, Michael Kors, Oscar De La Renta), często wykończone długimi frędzlami. Nadają się teraz nie tylko na plażę, ale również na codzień! Czas wyciągnąć szydełka!

Groszki

Słodki wzór w dorosłej, czarno-białej wersji pojawił się na wybiegach u Celine, Caroliny Herrery, Giorgio Armani i Jaquemus. Kropeczki stają się tu synonimem dojrzałej elegancji. Groszki na spotkaniu biznesowym? Czemu nie!

Apaszki na głowę

Retro trendy

Jednym z najmodniejszych dodatków będzie zdecydowanie apaszka zawiązana na głowie. Modelki miały je na sobie na pokazach marek Tom Ford, Michael Kors, Anna Sui, Kate Spade.

Możesz nosić ją jako turban, zawiązaną wokół głowy i szyi w stylu Jackie Kennedy, albo na karku, jak bandamkę. Jedwabny szal, najlepiej z kolorowym nadrukiem, pomaga ukryć rozwiany włos, uchronić fryzurę przed wilgocią i dodaje stylizacji szyku!

Rękawy z bufkami

Rękawy, które można było często spotkać w latach 30. a potem w 80. wracają do łask! Zaprezentował je m. in. Christian Siriano, Delpozo i Lanvin. Są one zwłaszcza korzystne dla osób, które mają figurę gruszki i chcą sobie optycznie poszerzyć górną część tułowia.

Pióra

Retro trendy

Akcesoria z piórami to prawdziwy hit wybiegów. Modne będą pióra strusie, pawie, a także marabuty.

Pióra pojawią się również na odzieży – bluzkach (jak na pokazie Dries Van Noten), sukienkach (Gucci, Marc Jacobs, Oscar De La Renta), czy nawet spodniach (Richard Quinn). Pióra dodadzą stylizacji zwiewności i szczypty dekadenckiego glamouru.

Postaw na kolczyki z piórami, a jeśli czujesz się bardziej ekstrawagancko – klapki na obcasie z piórami wreszcie są trendy!

Jak wam podobają się te retro trendy? Wprowadzicie któreś z nich do swojej wiosennej garderoby? Dajcie znać w komentarzach!

Opera za trzy grosze @ Krakowski Teatr Variete

Opera za trzy grosze - Krakowski Teatr Variete

Opera za trzy grosze – ryzykowne posunięcie?

Krakowski Teatr Variete specjalizuje się w moim ulubionym gatunku sztuki – kabarecie, musicalu, farsie. Po sukcesie “Legalnej blondynki” i “Chicago”, oraz ich muzyczno-tanecznych spektakli typu “Variete Film Show”, adaptacja bodaj najpopularniejszej sztuki Bertolda Brechta i Kurta Weilla to naturalny kierunek ewolucji. Jednocześnie „Opera za trzy grosze” jest nieco bardziej ryzykownym przedsięwzięciem niż ich poprzednie produkcje.

Myślę, że “Opera…” jest trudnym spektaklem dla kogoś, kto nie pasjonuje się teatrem i jego możliwościami. Efekt obcości, w którym Brecht się lubował, jest tu bardzo obecny – podkreślanie sztuczności sytuacji teatralnej, zwracanie się bezpośrednio do publiki, używanie tabliczek z tytułami piosenek. Wszystko to ma potęgować u widza poczucie, że akcja sztuki jest umowna i nie dzieje się naprawdę – liczy się tylko przesłanie. Przesłanie bardzo polityczne i bardzo bezpośrednie, a więc znowu – dość ciężkie dla widza przyzwyczajonego do lekkiej rozrywki.

Życie to cyrk na kółkach

Mówiąc o efekcie obcości, reżyser Jerzy Jan Połoński postanowił iść w swojej adaptacji o krok dalej – teatr jest tutaj nie tylko świadomie sztuczny. Teatr jest tu bardzo dosłownym cyrkiem. Ekipa postaci drugoplanowych ma czarno-białe kostiumy przywodzące na myśl klaunów albo mimów – między nimi króluje przyjaciel londyńskich żebraków, Jonatan Jeremiasz Peachum w czerwonym skórzanym surducie nadającym mu wygląd ringmastera. We wszystkich scenach przewija się też niemy (do ostatniej sceny) iluzjonista podający rekwizyty i wykonujący sztuczki i efekty pirotechniczne w ciekawy sposób nawiązujące do tego, co akurat dzieje się na scenie. A czego tam nie ma! Płonące obręcze, lewitujące laski, niemające końca serpentyny, karty… Moim ulubionym momentem było chyba żonglowanie w tle ceny gdy Mack desperacko próbuje znaleźć sposób na wydostanie się z więzienia.

Teatr (prawie) totalny

Niezwykle podoba mi się, że w spektaklu jest wykorzystywana cała sala, nie tylko scena. Doświadczyłam tego również na “Variete Film Show”, ale tutaj tym bardziej pasuje to do łamiącego konwencję Brechta. Aktorzy śpiewają z balkonów, tancerze biegają pomiędzy publicznością, a w którymś momencie prawie cała obsada po prostu siada na schodach i podłodze razem z widownią. To totalne podejście do spektaklu jako widowiska bardzo podnosi jego wartość. Mamy tu ciekawą choreografię (której autorem jest Jarosław Staniek). Humor czerpany jest nie tylko z tekstu ale również z fizyczności postaci, ze scenografii (za którą razem z kostiumami odpowiadała Marika Wojciechowska), a nawet z zabawy oświetleniem. Na scenie dzieje się bardzo dużo – chwilami może nawet trochę za dużo. Są momenty, gdy trudno skupić się na jednej konkretnej rzeczy. Gdy jedna osoba śpiewa swój song, grupa taneczna ma imponującą, skomplikowaną choreografię! Widzowi ciężko jest wybrać na czym zawiesić oko – bo wszystko jest tego warte!

Gdzieś już to widziałam…

Bardzo ciekawa była dla mnie też pewna intertekstualność tej adaptacji “Opery…”. Spektakl otwiera i przewija się później po scenie Narrator wyglądający jak skrzyżowanie klauna z Szalonym Kapelusznikiem oraz Królikiem z “Alicji w Krainie Czarów”. Orkiestra znajduje się na antresoli nad sceną, co przywodzi na myśl inscenizację “Kabaretu” z lat 90 (w reżyserii Sama Mendesa, jeśli nie znacie to koniecznie sprawdźcie!). Banda opryszków towarzyszących Mackowi ma na sobie kostiumy żywcem wzięte z “Mechanicznej pomarańczy”. A prostytutki z burdelu Jenny wyglądają, jakby wyskoczyły z adaptacji “Chicago”.

Kto to popełnił?

Co do obsady, to kompletnie powaliła mnie na łopatki Polly Peachum. To co Barbara Garstka robi na scenie jest wspaniałe, śmieszne, doskonałe wokalnie. Wspaniały jest też Piotr Urbaniak w roli policjanta Tigera Browna. Nie zdejmując okularów przeciwsłonecznych ani melonika mocno nasuniętego na czoło buduje swoją postać ruchem, głosem, postawą. Małgorzata Krzysica cudnie chwieje się na nogach i wyciska co się da z wiecznie podchmielonej, zblazowanej Celii Peachum. Warto też wspomnieć o Aleksandrze Konior grającej Lucy Brown. Jej duet z Polly to jeden z lepszych momentów musicalu pod względem połączenia humoru i kunsztu wokalnego.

Osobą, która wypadła w tym najsłabiej jest, co smutne, sam Macheath. W otoczeniu aktorów dających z siebie 120% (bo w tej adaptacji nie ma miejsca na subtelną grę aktorską) Rafał Drozd wypadł… trochę blado. Mack, niebezpieczny cwaniaczek-uwodziciel w białych rękawiczkach to rola, która wymaga charyzmy, której Drozdowi niestety tutaj zabrakło. Mam szczerą nadzieję, że to kwestia premiery, pojedyncza wpadka. W ostatecznym rozrachunku obsada jest naprawdę świetna, zaangażowana i “zżyta” z materiałem.

Opera za trzy grosze - Krakowski Teatr Variete
Opera za trzy grosze - Krakowski Teatr Variete
Opera za trzy grosze - Krakowski Teatr Variete

Opera za trzy grosze – czy warto?

Koniec końców, gorąco polecam wam odwiedzenie Krakowskiego Teatru Variete. Ich „Opera za trzy grosze” jest naprawdę, naprawdę warta dużo więcej groszy 🙂

Wszystkie obrazy pochodzą ze strony Krakowskiego Teatru Variete (Łukasz Popielarczyk / Krakowski Teatr Variete).

Wpis został edytowany aby poprawić drobne błędy. Poprzednia wersja zawierała wzmiankę o spektaklu „Broadway Exclusive”, który był spektaklem wystawianym w teatrze gościnnie.

NOIRVEMBER – Księżniczki noir – Ástor Alexander

noir princesses

Och, rzeczy które czasem można znaleźć na Tumblrze! Autor wyobraża na nowo disneyowskie księżniczki i pokazuje je jako główne bohaterki historii w stylu noir – co jest idealną rzeczą na kończący się właśnie Noirvember.

Ástor Alexander to malarz i ilustrator, który popełnił całkiem ciekawe ilustracje z Wiedźminem (w tym podobny zestaw w stylu noir!), Legend of Zelda, Pokemonem (serio) i innymi, jak również przepiękne oryginalne prace w stylu retro. Koniecznie sprawdźcie jego inne prace

Jeśli chodzi o ten zestaw, to niezwykle podoba mi się wykorzystanie kolorów z oryginalnych projektów postaci przy jednoczesnym zachowaniu dużego realizmu. A tytuły brzmią tak intrygująco!… Moją ulubienicą jest chyba Bella z „Pięknej i Bestii” w swoim błękitnym zestawie spodni i kamizelki.

Noir Princesses
„Panna Śnieżka i siódemka wyjęta spod prawa”
„Pocahontas. Prywatny detektyw”
Noir Princesses
„Długi sen”
„Dama z Henan”
Noir Princesses
„Córka chrzestna”
Noir Princesses
„Arabski napad”
„Cienie Nowego Orleanu”
Noir Princesses
„Rozbój na pełnym morzu”
Noir Princesses
„Łowca bestii”

Oryginalny post na Tumblrze

Plakaty na Society6

Który obraz jest Waszym ulubionym? Którą z tych historii najchętniej byście przeczytały/obejrzały? Podzielcie się faworytami w komentarzach! 

Sprawdźcie moje posty z okazji Noirvember z poprzednich lat!

Panterka jako kolor neutralny

leopard print is the new neutral

Panterka została okrzyknięta jednym z najgorętszych trendów na jesień 2018 i z tego powodu nie posiadam się ze szczęścia. Nie jestem wielką fanką minimalizmu, więc kiedy noszę wzorzyste tkaniny, pragnę dramatycznego efektu. A zwierzęce wzory są dramatyczne!

Panterka to jedna z takich rzeczy, do których musiałam dojrzeć. Jako młoda dorosła osoba nosiłam niemal wyłącznie gładkie kolory i wprowadzanie wzorów do mojego ubioru było dla mnie problemem. Tym większe było mje zdziwienie gdy nagle w mojej szafie znalazły się panterkowe pantofle, szaliki, bluzki, sukienki… 

Jak nosić panterkę na co dzień?

Świetnym sposobem jest zaczęcie od pojedynczych akcentów – szal czy kołnierzyk który można nosić z kardyganem to świetne sposoby na dodanie do stylizacji odrobiny pieprzu! To też dobry sposób na urozmaicenie stroju gdy nasze miejsce pracy nie pozwala na ekstrawagancję panterkowej sukienki czy koszuli. Jeśli chodzi o akcesoria, jestem szczególną fanką butów w panterkę i tęsknię za ciepłymi wieczorami, kiedy mogłam się tak ubrać!

sukienka: H&M
buty: New Look

Można urozmaicić ten trend stosując panterkę w różnych kolorach – lub nawet mieszając ze sobą różne kolory tego samego wzoru w jednym ubiorze, jeśli czujecie się odważne (tak jak ja).

leopart print faux fur
Collectif Clothing – Pietra Leopard Faux Fur Collar Cardigan
leopard print dress
Miss Candyfloss – Vivianne-Lou – Leopard swing dress
silver leopard print dress
Vivien of Holloway – Jezebel Silver Leopard Bust Dress

Zara – PLISOWANA APASZKA W PANTERKĘ
Zara – PASEK Z NADRUKIEM

A jeśli jesteście zainteresowane historią wzoru w panterkę, możecie kupić książkę „Fierce! The History of Leopard Print” napisaną przez Jo Weldon z New York School of Burlesque.  Dzięki żywej narracji, pełnym różnych informacji marginesomi wspaniałym zdjęciom, „Fierce” to pozycja obowiązkowa zarówno dla projektantów jak i i fashionistek wszelkiego rodzaju! 

Fierce. The History of Leopard Print by Jo Weldon

Macie w szafie jakąś panterkę? Jakie są wasze ulubione akcesoria lub ubrania? Jak nosicie panterkę na co dzień? Podzielcie się swoimi wskazówkami w komentarzach!

Post zawiera linki partnerskie. 



Wishlist Wednesday

Jest środa życzeń, czyli Wishlist Wednesday! Postanowiłam wprowadzić nowy rodzaj posta 🙂 Będę się dzielić z Wami moimi ulubionymi ubraniami i dodatkami ze sklepów retro. Pewnie nie uda mi się tworzyć listy regularnie co tydzień, ale zachęcam Was do zapoznania się  🙂

Dzisiejszym motywem przewodnim ewidentnie są kolory – czarny i czerwony, dwa z moich ulubionych.

Macie swoje typy?

Wishlist Wednesday

Wishlist Wednesday

  1. Vivien red glitter hoop earrings, Bow & Crossbones
  2. 1950s rose embroidery patchwork dress, Retro Stage
  3. Juliet wine harness bra, Playful Promises
  4. ‚Berrie’ burgundy bomber jacket, Lindy Bop
  5. 50’s blossom bow top in deep red, TopVintage
  6. Czarne czółenka, Deichmann

RECENZJA BEAUTY – Kat Von D Everlasting Glimmer Veil Liquid Lipstick

Uwielbiam brokatowe usta. Po pierwsze dlatego, że jestem totalnie od brokatu uzależniona, a po drugie, bo nic tak nie podkreśla ust na scenie jak odrobina brokatu. Standardowym trikiem artystów burleskowych jest nakładanie matowej szminki, kleju do brokatu, a następnie sypkiego brokatu kosmetycznego. Jednak kiedy zobaczyłam nowe brokatowe pomadki od Kat Von D – Everlasting Glimmer Veil – postanowiłam ich spróbować.

Kat Von D Everlasting Glimmer Veil

to absolutnie nie są wszystkie pomadki, które posiadam

Kosmetyki Kat Von D są reklamowane jako cruelty-free i w 100% wegańskie. Pomadki nie zawierają parabenów.

W Polsce kosmetyki Kat Von D są dostępne tylko w drogeriach Sephora i tam kupiłam swoje. W sumie dostępnych jest 9 kolorów. Nie wszystkie moim zdaniem są trafione. Ostatecznie wybrałam dwa – Televator, fioletowy odcień o różowym połysku, oraz Razzle, intensywną magentę również z różowym połyskiem.

Kat Von D Everlasting Glimmer Veil

Televator (na górze) & Razzle (na dole) w naturalnym świetle. Moje ręce musiały się naprawdę trząść gdy je nakładałam.

Zalety

Po nałożeniu pomadka dość szybko zastyka i zostaje na miejcu. Nie zostawia też dziwnego posmaku na ustach. Po wyschnięciu nie rozmazuje się i w sumie nie wymaga poprawek, chyba, że zje się coś tłustego.

Kat Von D Everlasting Glimmer Veil

Televator (po lewej) & Razzle (po prawej) w naturalnym świetle. Chwila szczerości – wygładziłam sobie trochę skórę na zdjęciach, bo jestem próżna, ale nie zmieniałam w żaden sposób tego, jak wyglądają usta.

Wady

Jak w przypadku każdej pomadki w płynie, jej nakładanie może być trudne jeśli lubi się precyzyjną, wyraźnie zarysowaną linię ust. Do tego potrzeba konturówki (której ja nie użyłam).

Szczerze mówiąc uważam, że Kat Von D Everlasting Glimmer Veil Liquid Lipsticks są trochę… płaskie.

Napigmentowanie pomadek jest różne w zależności od odcienia. Kolory takie jak Starflyer czy Thunderstruck mają w sobie wyraźnie mniej pigmentu niż Televator czy Dazzle. Byłam zwłaszcza rozczarowana napigmentwaniem czarnego odcienia Wizard – marzy mi się czarna brokatowa pomadka!

Jeżeli macie tendencję do suchej skóry (tak jak ja), TRZEBA nawilżyć wcześniej usta. Najlepiej ulubioną pomadką nawilżającą albo balsamem. Pomadki Kat Von D NAPRAWDĘ wżerają się w usta, więc najlepiej zmywać je płynem do demakijażu o oleistej konsystencji.

Pomadki Kat Von D Everlasting Glimmer Veil są reklamowane jako wytrzymujące 24 godziny. Nie wytrzymują one 24 godzin. Pomadka trochę się „rozwala” (ale nadal jest na ustach widoczna) przy piciu dowolnego płynu, nawet wody. Na ustach zostaje dość równomiernie, ale zostawia ślady na szklance.

Razzle nałożona na MAC Candy Yum Yum (czyli najbardziej różowa kombinacja na jaką mogłam wpaść) – po lewej; Televator nałożony na Inglot (zapomniałam jak się nazywa, muszę uzupełnić :D)

Co myślę?

Myślę, że Kat Von D Everlasting Glimmer Veil Liquid Lipstick będzie wyglądała lepiej nałożona na zwykłą pomadkę, do makijażu wieczorowego (a przynajmniej mojej wersji makijażu wieczorowego. Z pewnością nie ma wystarczającego połysku na scenę. Za 95 zł ($22 w USA) oczekiwałam czegoś więcej. Nie  będzie to pozycja obowiązkowa w moim makijażu, ale na pewno użyję jej, gdy będę chciała błyszczącego wykończenia ust.