Recenzja filmowa – „Sprzymierzeni” (2016)

Nowy klasyk?

Jak mogę streścić „Sprzymierzonych” w jednym zdaniu? „Sprzymierzeni” to film którego pierwsza połowa chce być filmem akcji w stylu połączenia „Casablanki” i „Bękartów wojny” (z akcentem na „Casablanke”), a druga jest melodramatycznym szpiegowskim thrillerem (z akcentem na melodramat), który nie do końca chwyta publiczność za serce.

Allied

Film to historia kanadyjskiego oficera wywiadu Maxa Vitana (Brad Pitt, od którego oczekiwałam, że w każdym momencie zacznie mówić z południowym akcentem porucznika Aldo Rainesa) i francuskiej agentki ruchu oporu Marianne Beausejour. W pierwszej połowie filmu spotykają się oni podczas wspólnego zadania polegającego na zabiciu niemieckiego ambasadora w Casablance. Udają oni małżeństwo, starannie budując iluzję szczęśliwego związku aby uśpić czujność wścibskich sąsiadów. Gdzieś w trakcie udawane emocje stają się rzeczywistością i po zrealizowaniu swojej misji para ucieka do Londynu i pobiera się naprawdę. Marianne rodzi córkę Maxa podczas jednego z niemieckich nalotów na Wielką Brytanię. Rok później Max, teraz pracujący przy biurku mimo, że wojna wciąż trwa, zostaje wezwany przez swoich przełożonych. Podejrzewają oni, że Marianne może być niemieckim szpiegiem. Organizują test jej lojalności, w którym Max musi wziąć czynny udział, a w razie gdyby zostało udowodnione, że Marianne rzeczywiście współpracuje z wrogiem, Max musi sam ją zabić. Czy cała sprawa jest jednym wielkim testem? Czy Marianne jest tym za kogo się podaje? Czy małżeństwo Maxa było jedną wielką grą?

OK, ale tak serio?

Film jest pełen fajnych małych smaczków, ale ostatecznie wyszłam z kina nieco rozczarowana. Brad Pitt jest Bradem Pittem. Wygląda tak jak wygląda, ale niezbyt wiele pokazuje grą aktorską – dopiero w ostatniej scenie jego twarz rzeczywiście wyraża jakieś emocje. Z kolei Marion Cotillard naprawdę ma okazje zabłysnąć jako kobieta równie piękna co niebezpieczna. To zdaje się powoli być jej hollywoodzą szufladką (przychodzą do głowy jej role w Makbecie, Incepcji, Mroczny rycerz powstaje O północy w Paryżu). Ale mimo ich wysiłków, film jest nierówny i trochę przewidywalny. Małe sztuczki stosowane w niektórych scenach są wspaniałe – scena cichego i szybkiego zabójstwa upozorowanego na uduszenie, świetny karciany trik czy niektóre postaci drugo- i trzecio-planowe (otwarcie homoseksualna siostra Maxa, która nie pojawiłaby się w filmie stworzonym wg. kody Haysa). Zbliżenia kamery na odbicia w lustrze czy szew w pończosze raz są trafione, raz nie. Kostiumy są przepiękne, ale ile filmów można zobaczyć tylko dla kostiumów?

Werdykt

„Sprzymierzeni” na pewno nie będą następną „Casablancą”. Ale hej, miło się patrzy na Marion Cotillard i Brada Pitta…

Brad Pitt in a scene from “Allied.”

Allied, Photo: Paramount Pictures/Daniel Smith

Allied, Photo: Paramount Pictures/Daniel Smith

"Allied"

"Allied"

Jak odejść, to z hukiem – Pin Up & Burlesque Party vol. 6!

Znalezione obrazy dla zapytania pin up burlesque party 6

Oj, do napisania tej relacji zbierałam się długo. Ale było trochę do pomyślenia.

Więc tak – kilka dni po zakończeniu Pin Up & Burlesque Party jego niestrudzone organizatorki, Vintage Girl i Ina Von Black oświadczyły, że była to ostatnia edycja. Trochę rozumiem tę decyzję, ale szkoda mi właściwie jedynej takiej imprezy w stylu retro w Polsce. Pin Up & Burlesque Party nigdy nie było piknikiem na który przychodziło się w dżinsowych szortach i flaneli. Dziewczynom udało się stworzyć elegancki event, na który osobom aktywnym w naszej niszy nie wypada nie być i nie wypada nie wyglądać. Miałam ogromną przyjemność spędzić wieczór w towarzystwie takich dziewczyn jak Klod, Nina Holy, Rockagirl, RetroFem, Edie Von Cinnamon, Lacy Dottie i Vilma Rouge. Myślę, że nasza loża była pełna najpiękniejszych osób tego wieczora, ale wszyscy bardzo się starali 🙂

Dużo rzeczy pozostało takich samych. Impreza odbyła się w łódzkiej Scenografii (która nadal jest wspaniała), DJ Oldstyle przygrywał w przerwach pomiędzy setami. Retro Pasjonaci pojawili się z pięknym samochodem, przy którym można było sobie zrobić zdjęcie. Po zmroku jak zwykle było to pewnym wyzwaniem 🙂

Pewne rzeczy zostały jednak zmienione. Zupełnie obiektywnie myślę, że zaangażowanie w imprezę Betty Q było bardzo dobrym pomysłem. Jej spory wkład był dla tego wieczoru prawdziwym zastrzykiem energii. Betty energicznie poprowadziła imprezę, była też kuratorką sceny burleskowej. Oprócz tego miała swoje stoisko z merchandisingiem, na którym oprócz zdjęć znalazły się ręcznej roboty pasties i fascynatory!. Innymi atrakcjami były możliwość zrobienia sobie fryzury retro u Mamy Q, a następnie mini-sesji zdjęciowej z Fottoo.pl, która zaaranżowała najmniejsze studio świata i miała przy sobie mnóstwo ślicznych rekwizytów.

Scarlet del Acosta Betty Q

Burleska była na dobrym poziomie. Największe wrażenie zrobiła na mnie headlinerka, Colette Collerette, która wygląda jak żywcem wyjęta z końca lat 20. Zaprezentowała dwa numery, każdy z jakimś „smaczkiem” – w pierwszym żonglowała lewitującą kulą (a ja stałam w pierwszym rzędzie publiczności i nadal nie wiem jak to robiła), w drugim zaprezentowała bardzo klasyczny taniec z wielkim balonem. Wszystko było dopracowane – kostiumy, choreografia, muzyka, makijaż. Perfekcja!

Colette Collerette Colette Collerette

Oprócz Colette wystąpiły relatywnie nowe na scenie Scarlet Del Acosta (w klasycznym numerze z balonikami), Maggie Rabbit (która zaśpiewała na scenie „Duet kwiatów” z opery „Lakme” i rozwaliła mnie na łopatki) i Vila Vanilla (nie widziałam jeszcze takiego wykorzystania światełek LED na scenie i jestem absolutnie zaczarowana). W kategorii „wyjadaczek” pojawiły się Betty Q i Juicy Jane, obie z numerami rzadko pokazywanymi, więc nawet regularna burleskowa dziwka taka jak ja mogła zobaczyć coś nowego.

Scarlet del Acosta

Vila Vanilla

Pin up był, jak i w poprzednich latach, głównie w publiczności. Trochę mi brakowało czegoś bardziej związanego z modą, bo akcent znowu zdecydowanie był na „burlesque”. Myślę, że można było zorganizować na scenie coś związanego z modą, co nie było nagrodą za najlepszą stylizację. Ale, ale, muszę przyznać, że dziewczyny w tym roku zmieniły zasady i rozdały nagrody osobom, które po prostu uznały za najlepiej ubrane. Myślę, że jako organizatorkom jak najbardziej przysługuje im taki przywilej i popieram takie rozwiązanie. Ponadto nagrody – książki poświęcone ludziom z naszej ulubionej epoki – powędrowały w ręce osób, które wygrały bardzo demokratyczne losowanie.

Pin Up Burlesque Party

To oczywiste, że można było mnie znaleźć klaszczącą w pierwszym rzędzie 🙂

Pin Up & Burlesque Party

Najmniej z programu rozrywkowego obchodził mnie występ zespołu Tiger Skull, który w porównaniu z zespołami grającymi w poprzednich latach uderza dużo bardziej w punkowe nuty psychobilly. Bardzo niemoje, więc kwestia gustu. Jeśli ktoś jest fanem, pewnie bawił się dobrze – mnie nieco przeszkadzał fakt, że zespół był nagłośniony tak, że nawet na drugim końcu klubu nie dało się rozmawiać bez krzyczenia do siebie nawzajem.

Impreza nie odbiegała poziomem od poprzednich edycji. Jako ukoronowanie wysiłku dziewczyn – myślę, że była dobrym pożegnaniem. Trochę szkoda, a trochę ciekawa jestem, czy na rynku pojawi się jakieś wydarzenie, które wypełni lukę, jaką Pin Up & Burlesque Party niewątpliwie po sobie zostawi.

Zdjęcia: Obiektywna Łódź

A tak prezentowałam się na imprezie ja:

Zdjęcie: Retro Pasjonaci – Łódź
Bluzka + spódnica: ReStyle
Rękawiczki, fascynator, biżuteria: wyciągnięte z mojej przepastnej szafy pełnej skarbów

Recenzja filmowa: „Boska Florence” (2016)

Znalezione obrazy dla zapytania florence foster jenkins film

O co chodzi z tą Florence?

Florence Foster Jenkins to w kręgu miłośników muzyki klasycznej postać-legenda, zwana najgorszą śpiewaczką operową na świecie. Na podstawie jej barwnego życiorysu powstało kilka sztuk teatralnych (polscy czytelnicy mogą kojarzyć „Boską” z Krystyną Jandą w roli głównej), a niedawno doczekała się ona również filmu. I to z Meryl Streep w roli głównej!

Film „Boska Florence” ogląda się trochę jak ekranizację sztuki teatralnej. Duża część akcji dzieje się w mieszkaniu Florence, które jest z zupełnie innej epoki niż ta, w której film się dzieje. Sądząc po stylu Florence i wystroju jej osobistego gniazdka, zatrzymała się ona gdzieś na początku XX wieku. Tymczasem akcja filmu dzieje się podczas II wojny światowej, świat się zmienił… tylko czy Florence może się z tym zmierzyć?

Historia Florence Foster Jenkins to historia triumfu pasji nad talentem. Będąc wielką miłośniczką muzyki klasycznej, oraz osobą dość bogatą, Florence aktywnie działała w światku nowojorskich melomanów. Często też sama stawała na scenie, ku uciesze swych znajomych. Florence nie potrafiła bowiem kompletnie śpiewać. Ale śpiewała z pasją, nawet najtrudniejsze arie operowe. Początkowo występowała na prywatnych koncertach, ale wieść o jej unikatowym głosie się rozeszła. W 1944 roku Florence, w wieku 76 lat, zaśpiewała na wyprzedanym koncercie w legendarnej sali koncertowej Carnegie Hall.

Związek między pasją i talentem jest tematem pojawiającym się w wielu filmach o artystach (przychodzi mi na myśl „Amadeusz” Milosa Formana). Przypadek Florence jest ciekawy, bo wiadomo o niej, że za młodu była utalentowaną pianistką, więc słuchu muzycznego nie mogło jej brakować. Jakość jej występów wokalnych prawdopodobnie była związana z wieloletnią chorobą (syfilis powoduje degenerację centralnego układu nerwowego) i ówczesnymi lekarstwami nań stosowanymi – arszenikiem i rtęcią (które z kolei mogły spowodować częściową utratę słuchu).

Po drugie, „Boska Florence” to historia miłości pomiędzy Florence i jej długoletnim towarzyszem, brytyjskim aktorem, arystokratą z nieprawego łoża, St. Claire’m Bayfieldem. Jest to rodzaj związku, który rzadko jest pokazywany na ekranie, bo ich relacja była unikatowa. Florence była kilka lat starsza od Bayfielda, ale zdecydowanie to on opiekował się zarówno nią samą jak i wszystkimi prozaicznymi rzeczami związanymi z ich wygodnym życiem. Bayfield dbał nawet o to, żeby na koncerty Florence przychodziły tylko osoby potrafiące się zachować, aby w pobliżu Florence nie było ostrych przedmiotów, których panicznie się bała, oraz by na przyjęciach nigdy nie zabrakło jej ulubionej sałatki ziemniaczanej. Czułość i miłość między ich dwojgiem jest wyraźna i prawdziwa – nie utrzymywali jednak oni (m. in. ze względu na chorobę Florence) relacji seksualnych. Ponadto Bayfield posiadał osobne mieszkanie (opłacane przez Florence) w którym mieszkał ze swoją długoletnią partnerką Kathleen Weatherley (którą po śmierci Florence poślubił). Jest w filmie scena pomiędzy Bayfieldem i akompaniatorem Florence, McMoonem, w której Bayfield przyznaje, że Florence wie, że nie jest jedyną kobietą w jego życiu, choć nie zna szczegółów. Myślę, że to naprawdę ciekawa relacja i trochę szkoda, że nie była ona bardziej eksplorowana.

A co z filmem?

Ostatecznie „Boska Florence” to film bardzo dobry i bardzo zwięzły. Tym niemniej, kusi pomarzyć jaki mógłby to być film, gdyby twórcy chcieli pokazać jak doszło do tego, że Florence zamknęła się (czy może została zamknięta przez swoich opiekuńczych, dobrze chcących przyjaciół) w tym magicznym, ale sztucznym świecie. Gdyby ta bańka została w jakiś sposób przebita nieco wcześniej niż w przedostatniej scenie.

Świetna obsada jest świetna, co jest oczywiste gdy główną rolę gra Meryl Streep (która, jak powtarzam od lat, mogłaby zagrać krzesło i dostać za tę rolę nominację do Oskara). W pozostałych rolach Hugh Grant i przeuroczy Simon Helberg, którego mimika podczas scen popisów wokalnych Florence PORAŻA. Notabene, śpiew i akompaniament były ponoć nagrywane na żywo – tym większe uznanie należy się Meryl Streep i Simonowi Helbergowi, bo oboje są naprawdę fenomenalni.

Wspaniałe oczywiście są też wszystkie kostiumy, na czele ze wspaniałymi kreacjami scenicznymi Florence, która kochała wymyślne przebrania z wielkimi ozdobami na głowie.

Werdykt

Rozmyślając o tym filmie i o samej Florence myślę sobie, że była ona niezwykłą kobietą. Kochała muzykę całym sercem i robiła bardzo, bardzo wiele, żeby tę sztukę wspierać. Wielu jej fanów rozpoznawało tę szczerą pasję i wspierało Florence w jej występach. A to, że obiektywnie nie były one najlepsze – czy ostatecznie ma znaczenie?

Meryl Streep as Florence Foster Jenkins

Meryl Streep and Hugh Grant in Florence Foster Jenkins

Boska Florence

A tak Florence śpiewała w rzeczywistości:

5 moich ulubionych blogów retro!

Ponieważ interesuję się właściwie wszystkim co retro, to oczywiste, że czytam wszystko znajdę na ten temat – i szukam inspiracji u innych retro blogerek!

Sprawdźcie tę listę moich 5 ulubionych blogerek retro i powiedzcie, czy znałyście je wcześnie, czy dopiero je odkryłyście! Macie swój ulubiony retro blog? Dajcie mi znać w komentarzach! 

B is For Brittany

Znalazłam Brittany na Instagramie i momentalnie zakochałam się w jej stylu. Jej retro blog nie jest tak aktywny jak jej profil na Instagramie, ale nadal polecam go wszystkim zainteresowanym modą retro z początków XX wieku!


retro blog

Gracefully Vintage

Kayla to australijska blogerka zajmująca się modą vintage. Jej garderoba jest naprawdę godna pozazdroszczenia! Bardzo podoba mi się jej konsekwencja, eleganckie stylizacje i śliczne, śliczne zdjęcia.


retro blog

Flashback Summer

O rany. Styl tej dziewczyny to wszystko co uwielbia. Emileigh to dla mnie wzór do naśladowania. Chcę takie włosy (#problemyprostychwłosów), takie stroje, chcę umieć tak szyć! Tak! Ta dziewczyna sama szyje niemal wszystko co nosi!

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Emileigh Rogers (@flashbacksummer)


retro blog

Vintage Gal

Ten retro blog to dla mnie OGROMNA inspiracja! Cate to kolejna blogerka, która preferuje styl lat 30 i 40 oraz posiada godną pozazdroszczenia garderobę i zdolności krawieckie! Pisze również o stylu życia, filmach i książkach, sztuce, dekornictwie i modzie. Wow! Jej blog to w zasadzie to, czym chciałabym, żeby mój retro blog stał się w przyszłości.


retro blog

Curve Creation’s Closet

Obecność Missi na tej liście może niektórych zdziwić, gdyż jest ona zainteresowana dużo bardziej modą lat 40 i 50, która nie jest za specjalnie moją broszką. Mimo iż stylistycznie schylam się ku latom 20 i 30, szczerze podzisiam zaangażowanie Missi w jej bloga, jej otwartość na temat swojego stylu życia i, zwyczajnie, jej charakter. Jej posty w mediach społecznościowych inspirują mnie do tego, żeby starać się bardziej i robić to wyglądając REWELACYJNIE.

I to właśnie moja obecna lista 5 ulubionych blogów retro. Chcielibyście zobaczyć więcej tego typu list? Zostawcie mi komentarz ze swoimi pomysłami! 🙂

Recenzja filmowa: „Śmietanka towarzyska” (2016)

Śmietanka towarzyskaMam skomplikowane uczucia wobec filmów Woody’ego Allena. Z jednej strony uwielbiam ich ogólny klimat i przepiękne zdjęcia. Z drugiej – jestem coraz bardziej rozczarowana scenariuszami. Zdają się one opowiadać wciąż tę samą historię, a jej jakość się nie poprawia. Moje zdanie na temat filmu „Śmietanka towarzyska” w dużej mierze jest z tym zgodne.

Śmietanka towarzyska

Film jest historią młodego mężczyzny, który przybywa do Hollywood w poszukiwaniu czegoś bardziej ekscytującego niż praca z ojcem. Zostaje zatrudniony przez swojego wuja, hollywoodzkiego producenta, i odkrywa wzloty i upadki życia w Tinseltown („tinsel” oznacza błyskotkę, świecidełko – „Tinseltown” to potoczna nazwa na Hollywood). Zakochuje się też w sekretarce swego wuja, Vonnie. Oczywiście jak zwykle w filmach Woody’ego Allena, żadna historia miłosna nie jest prosta.

To co dobre

Naprawdę, naprawdę uwielbiam stronę wizualną filmu. W sumie to żadna niespodzianka – akcja filmu toczy się w Hollywood i Nowym Jorku w latach 30. Dla mnie nie ma nic lepszego. Wszystkie kostiumy, scenografia i muzyka są po prostu zachwycające. Chanel odgrywał sporą rolę w tworzeniu kostiumów do filmu i to widać! Szyk i elegancja zapierają dech w piersiach! Obsada również jest bardzo dobra – Kristen Stewart, Jesse Eisenberg, Steve Carell, Corey Stall i Blake Lively, jak również Anna Camp, która jest przezabawna w swojej jednej scenie.

Ścieżka dźwiękowa filmu jest pełna wspaniałych, lekkich wariacji na temat znanych melodii takich jak: „The Lady Is A Tramp, „Jeepers Creepers” i „Have You Met Miss Jones?”. Słucham jej podczas pisania tej recenzji i jest miła, jazzowa i przystępna.

To co niezbyt dobre

Nie jestem zachwycona fabułą filmu. Nie jestem nawet w sumie pewna, że tytuł do czegokolwiek się odnosi. Spodziewałabym się jakiejś analizy owej „śmietanki towarzyskiej” Hollywood czy Nowego Jorku, ale poza kilkoma anegdotkami przytaczanymi przez narratora, główny wątek filmu skupia się na dość nieciekawym trójkącie miłosnym.

Nie chcę oczywiście nikogo zniechęcać! Mam dość specyficzny gust jeśli chodzi o filmy, który jest dyktowany moimi własnymi preferencjami i wykształceniem jakie zdobyłam na przestrzeni lat. Oglądając ten film miałam wrażenie, że tak, sceny są odgrywane w jakimś porządku. Ale nie było tam głębszej fabuły, kulminacji, rozwiązania akcji. Po prostu wydarzenia dziejące się po sobie, bez struktury. Jestem przekonana, że to nie będzie opinia każdego, kto obejrzał ten film!

Werdykt

Jeśli lubicie filmy Woody’ego Allena, ekscytujecie się modą retro, szukacie lekkiej rozrywki i chcecie się trochę pośmiać – idźcie zobaczyć ten film!

Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska

Śmietanka towarzyska

Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska Śmietanka towarzyska

Wszystkie zdjęcia z The Woody Allen Pages.

„Możesz wszystko, jesteś księżniczką!” – czyli o tym jak pojechałam na burleskowe kolonie

burleskowe kolonie

Pomysł wakacji z burleską może się wydawać nieco karkołomny. Jej naturalnym środowiskiem jest raczej miasto, raczej klub, raczej noc. Tymczasem grupa fanek i fanów (!) burleski pod przewodnictwem naszej burleskowej mamy, Betty Q, wybrała się do Nowego Kawkowa na burleskowe kolonie.

burleskowe kolonie

Relaks w hamaku.

Program

O tym, że burleska nie jest tańcem, pisałam już wielokrotnie. A więc zajęć tanecznych na tym wyjeździe, zgodnie z moimi przypuszczeniami, nie było. Był za to cykl warsztatów poświęconych tematom bardzo szeroko związanym z burleską – od mapy skojarzeń, przez historię i dyskusje o tekstach naukowych (a są takie!), po zajęcia poświęcone świadomości ciała i koordynacji ruchowej oraz YouTube party, czyli oglądanie najciekawszych występów burleskowych z całego świata. Nie obyło się też bez krótkiego instruktażu dotyczącego tassel twirling, czyli kręcenia frędzlami umieszczonymi na pasties umieszczonych… no, tam gdzie umieszcza się pasties 😉 Ponadto codziennie można (ale nie trzeba) było uczestniczyć w porannej rozgrzewce oraz zajęciach typowo sportowych, prowadzonych przez Vilę Vanilę. Dodatkowym smaczkiem była prezentacja i dyskusja na temat sztuki dragu i tego jak i gdzie łączy się ona z burleską, poprowadzona przez dwóch performerów (a właściwie dwie performerki – Yalla Yalla i Chirusska). Krótko mówiąc, na nudę narzekać się nie dało nijak! 🙂

burleskowe kolonie

Co tam Chodakowska, nasza Vila Vanilla!

 

burleskowe kolonie

Wakacje czyli słodkie lenistwo? Nie tutaj 😀

burleskowe kolonie

O tym, że współpraca jest dobra, uczyliśmy się poprzez zakładanie na siebie boa, rękawiczek i halki oraz jedzenie czekolady… naprawdę!

Grupa

Strasznie podobało mi się, jak zróżnicowaną grupą byliśmy. Na wyjeździe znalazły się osoby w różnym wieku, z różnym doświadczeniem scenicznym i wiedzą o burlesce, a także z całym wachlarzem własnych zainteresowań i umiejętności, które mogą się przydać w burlesce i w codziennym życiu. Dzięki temu byliśmy też grupą niezwykle samowystarczalną – sami sobie gotowaliśmy (i to pysznie!), organizowaliśmy zajęcia i wyjazdy nad pobliskie jezioro. Poczucie wspólnoty, jaka się między nami zawiązała było naprawdę, naprawdę miłe.

burleskowe kolonie

Jedzenie posiłków na świeżym powietrzu, przy jednym stole (no, potem dostawiliśmy drugi) – NAJLEPIEJ <3

burleskowe kolonie

O, tak wyglądaliśmy mniej-więcej w komplecie 🙂

Miejsce

Dom, w którym się zatrzymaliśmy, był wspaniały. Na końcu posta zamieszczam link do strony internetowej, na której możecie znaleźć więcej informacji, ale napiszę tylko, że każde miejsce, gdzie można znaleźć w pokoju adapter i zbiór płyt winylowych, huśtawkę (sic!) czy ogromny regał z książkami, ma moją aprobatę.

Większość zajęć odbywała się albo w sali „kominkowej” albo w stodole. Stodoła była bardzo przestronna i przygotowana do prowadzenia weń zajęć ruchowych, więc korzystaliśmy z niej niemal codziennie, czy słońce, czy deszcz. Zrobiliśmy tam też dwa nieco improwizowane showcase’y – jeden był zwieńczeniem burleskowego wyzwania dotyczącego stworzenia numerów w hołdzie legendom burleski, a drugi prezentacją numerów, na temat których chcieliśmy dostać informację zwrotną od publiczności.

Powiem wam, występ w stodole, to jest dopiero szkoła życia dla performerów! Zero backstage’u, zero sceny, z oświetlenia jeden spot – w takich warunkach z występu wychodzi wszystko. Na scenie w klubie chyba nie da się odtworzyć takiej bliskości z publicznością – ale może to też kwestia tego, że występowaliśmy dla siebie nawzajem. Choć dołączyli do nas właściciel i jego znajomi oraz ekipa joginek, które również zatrzymywały się w domu.

burleskowe kolonie

Takie widoki były na wyciągnięcie ręki. Nic, tylko rozłożyć kocyk i podziwiać!

burleskowe kolonie

Vila Vanilla zażywająca kąpieli słonecznej.

Czy warto?

Program wyjazdu był zaplanowany tak, żeby wyciągnęły z niego coś zarówno osoby kompletnie nowe w świecie burleski jak i takie, które mają już z nią coś do czynienia. Jakoś tak się złożyło, że byłam w grupie wyjadaczką z najdłuższym stażem po Betty (to już… 4 lata?) ale i ja nauczyłam się i dowiedziałam czegoś nowego, zarówno o burlesce jak i o sobie jako performerce.

Ważnym wydaje mi się też uzmysławianie jak największej grupie odbiorców burleski, że poza atrakcyjną stroną wizualną jest w tej sztuce coś więcej. Dyskusji o tym, czy burleska różni się od striptizu i czy jest feministyczna, nie zapomnę długo. Tak samo życiorysów niektórych gwiazd burleski, które znałam z pseudonimu, ale nie wiedziałam nic o ich osobistych historiach.

Całe to doświadczenie było dla mnie ogromną przyjemnością i chętnie je powtórzę. Zresztą, jeszcze przed wyjazdem z tego magicznego miejsca zaklepaliśmy u właściciela termin na przyszły rok! Kto wie, może następnym razem uda mi się wcielić w rolę wykładowczyni?

Strona domu w Nowym Kawkowie

Akademia Burleski Betty Q

burleskowe kolonie

 

burleskowe kolonie

Piękne jeziorko, którego nazwy nie znam, ale za to kąpałam się w nim nago 😀

burleskowe kolonie

Na koniec ja w wersji wakacyjnej – bez makijażu, ale i tak stylowo 🙂

Variete Film Show @ Teatr Variete

variete_prapremiera083

Krakowski Teatr Variete to dla mnie prawdziwe odkrycie. Takiej właśnie rozrywki chcę! No, prawie takiej 🙂 Gdy tylko mogłam, zarezerwowałam bilety na premierę „Variete Film Show”, która odbyła się w kwietniu.

Tak, przerwa w pisaniu była dłuższa niż zakładałam. Wiązało się to z dużą liczbą ważnych zmian w moim życiu prywatnym. Wiecie, nowe życie, nowa jakość 🙂

„Variete Film Show” jest spektaklem nastawionym na maksymalny efekt. Same znane piosenki z filmów (jest ich w show aż 25!), poprzedzone urywkami wyświetlanymi na ekranie znajdującym się w centrum sceny. Świetny zespół wokalny i świetny zespół taneczny (no i świetny zespół instrumentalny!). Aranżacje w większości przypadków dość klasyczne, choć zdarzają się ciekawe zaskoczenia („Waterloo” śpiewane przez dwie kowbojki, które przechadzają się między publicznością). Pojawiła się też jedna symboliczna piosenka polska, z filmu „Halo, Szpicbródka czyli ostatni występ Króla Kasiarzy” – „Nogi roztańczone”.

Showstopperów jest tu conajmniej kilka – w pamięci najbardziej zapadło mi „All For Love”, fe-no-me-nal-ne „Goldeneye” i „All By Myself”. Nie wszystkie aranżacje są oczywiście „winnerami” – bardzo sztampowe „Lady Marmalade” raczej mnie rozczarowało, ale jako performerka pewnie mam wyższe oczekiwania niż standardowa widzka.

variete film show variete film showvariete film show variete film show variete film show variete film show variete film show variete film show

Muszę też zaznaczyć, że jestem pod ogromnym wrażeniem oprawy technicznej spektaklu. Czego tu nie było! Świetne, bogate oświetlenie, rozwijana siatka przez środek sceny, animacje sceny, podest który jeździ po całej scenie… Wykonawcy ogrywają całą przestrzeń, którą mają dostępną, łącznie z widownią, balkonami i schodami prowadzącymi w stronę sceny. To daje uczucie bycia nie tylko widzem, ale i uczestnikiem show!

Spektakl w reżyserii Janusza Szydłowskiego będzie wystawiany w Teatrze Variete 23 i 25 września. A ja już nie mogę się doczekać pójścia na Broadway Exclusive i Rewię VARIETE! Jeśli chcecie więcej recenzji, albo znacie jakieś spektakle, które chcielibyście, żebym opisała, dajcie znać w komentarzach!

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Variete.

Retro Glamour – moja ulubiona playlista na 8tracks

Co to jest retro glamour? Dla mnie to inspiracja czerpana z przeszłości, trochę nostalgiczna, wyidealizowana. Szczypta elegancji. Ale zawsze z humorem.

Muzyka zawsze była bardzo ważną częścią mojego życia. Chodziłam do szkoły muzycznej, zawsze marzyłam o występowaniu w musicalac na scenie, uwielbiam jazz. W codziennym życiu też szukam tej odrobiny retro, jazzu, właściwie wszędzie. Zwłaszcza w muzyce. Stąd wzięła się ta playlista. Niespecjalnie słucham współczesnych hitów, ale zebrałam tu kolekcję piosenek z tym elementem retro, takich których lubię słuchać. I postanowiłam się nią z Wami podzielić 🙂 Powiedzcie mi co myślicie i polajkujcie ją na 8tracks!

Retro Glamour

Retro Glamour from lolanoir on 8tracks Radio.

Jeśli podobała Wam się ta składanka, polubcie ją na 8tracks albo zostawcie tu komentarz 🙂 Chcecie żebym stworzyła następną playlistę? Dajcie mi znać!

30 rzeczy przed 30-ką!

30 rzeczy przed 30

Jest tak. Kiedy byłam młodsza, myślałam, że w wieku lat 25 będę już miała ułożone życie. Że będę po ślubie, będę miała dzieci, pracę, mieszkanie/dom i takie tam. Krótko mówiąc, będę ogarniała. Moje wczesne lata dwudzieste były dla mnie dość trudne (z różnych powodów). Czułam się coraz gorzej ze względu na to, że nic nie ogarniałam. Dopiero gdzieś w wieku 27 lat zaczęłam naprawdę zdawać sobie sprawę z tego co chcę robić, kim chcę być i z kim chcę spędzać czas. I to jest OK!

Nie boję się skończenia 30 lat. Myślę, że to będzie ciąg dalszy moich wspaniałych przygód. Ale ponieważ jest to pewien punkt zwrotny, postanowiłam stworzyć sobie listę 30 rzeczy do zrobienia przed 30 urodzinami. Zawsze zaczynam tworzyć jakieś „bucket lists” a potem o nich zapominam, więc to będzie mój projekt polegający na tym, żeby rzeczywiście zrealizować tę listę.

  1. Zrobić prawo jazdy
  2. Pojechać na inny kontynent
  3. Skoczyń na bungee
  4. Mieć przyjęcie urodzinowe w stylu retro
  5. Odłączyć się od urządzeć elektroniczych na cały dzień
  6. Przejrzeć garderobę i pozbyć się wszystkiego, czego nie noszę
  7. Naga sesja zdjęciowa
  8. Zrobić tatuaż
  9. Spłacić długi
  10. Urządzić cocktail party
  11. Spać w hamaku
  12. Zrobić 10 prawdziwych pompek
  13. Zasadzić drzewo
  14. Zobaczyć z kimś wschód słońca
  15. Przejść na wegetarianizm
  16. Naprawić uśmiech
  17. Iść do escape roomu
  18. Spędzić weekend w spa z przyjaciółką
  19. Skończyć wyzwanie #100dni
  20. Zdobyć 1000 lajków na FB / 1000 followersów na Twitterze lub Instagramie
  21. Zagrać w filmie
  22. Skończyć kurs instruktora tańca/fitnessu
  23. Pojechać na zjazd absolwentów mojego liceum i dobrze się bawić
  24. Napisać do kogoś odręczny list (i rzeczywiście go wysłać)
  25. Nauczyć się tańczyć w parze
  26. Pływać w oceanie
  27. Napisać list do swojego przyszłego ja
  28. Iść na wesele (nie musi być moje własne, ale kto wie?)
  29. Zostać imiennie zaproszoną do występu w show
  30. Zostać headlinerką show

Doktor Jekyll i pan Hyde (1920)

Jeśli lubicie stare (i mam na myśli naprawdę stare) filmy, to mam dla Was prawdziwą gratkę! Znalazłam pełną wersję niemego filmu „Doktor Jekyll i pan Hyde” z roku 1920 na YouTube, więc od razu pomyślałam, żeby podzielić się tym z Wami! Film jest tam dostępny całkowicie legalnie, bo jest częścią domeny publicznej. Totalny must-see dla wszystkich miłośników starego kina!

doktor jekyll i pan hyde

Film jest oparty na noweli autorstwa Roberta Louisa Stevensona, „Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a”. Został wyreżyserowany przez Johna S. Robertsona, wyprodukowany przez Adolpha Zukora, napisany przez Thomasa Russella Sullivana, Clarę Beranger i Roberta Luisa Stevensona (powieść), a wystąpili w nim John Barrymore, Martha Mansfield, Charles Lane i Nita Naldi.

Streszczenie

Naukowiec, doktor Jekyll, odkrywa, że w każdym człowieku tkwi druga, zła natura. Za pomocą wynalezionego przez siebie eliksiru uwalnia on swoją własną drugą osobowość, przemieniając się w potwora. Z każdym dniem druga osobowość przejmuje kontrolę nad jego życiem, prowadząc go do nieuchronnego upadku.

Film!

Ciekawostki z produkcji (z Wikipedii)

  • Początkowa część pierwszej transformacji Jekylla została osiągnięta bez żadnego makijażu, opierając się wyłącznie na zdolności Barrymore’a do wykrzywienia własnej twarzy.
  • W jednej scenie, gdy Hyde zmienia się z powrotem w Jekylla, jeden ze sztucznych palców Hyde’a przelatuje po ekranie. Barrymore zgubił go w trakcie swoich konwulsji.
  • W krótkim renesansowym flashbacku, gdy Hyde wyjaśnia Ginie tajemnice swojego pierścienia, scenografia i kostiumy zostały sprowadzone ze sztuki „Błazenada”, której John Barrymore występował razem ze swoim bratem Lionelem na Broadwayu w roku 1919, przed zdjęciami do filmu.
  • John Barrymore ściągnął ze swojego mieszkania wiele cennych roślin doniczkowych, które pojawiają się w scenerii filmu.